05 Cze

Alternatywa sushi? – kuchnia Japońska.

kolko_japonia

Ohayo min’na ^.^

Dziś coś z zupełnie innej beczki. Jak wiadomo najbardziej popularną potrawą w Polsce kuchni japońskiej jest sushi. Jak wiemy rodzajów sushi jest bardzo dużo, ale nie tym chciałam się tym razem podzielić. Przedstawię Wam coś odmiennego o czym na pewno większość nawet nie wie. Emocje nadal mnie trzymają a wrażenia kulinarne nie dają mi trzeźwo myśleć. Popijając sencha z dodatkami mile wspominam doznania wczorajszego dnia.

W sobotę zostałam nieświadomie przyprowadzona do pewnej restauracji w Katowicach (pieszczotliwie zwane po prostu Kato). Z racji upodobań do kuchni orientalnej, a konkretnie japońskiej – w prezencie urodzinowym dostałam wycieczkę kulinarną do Japonii. 

Przedstawiam Wam Okonomiyaki YO.

Skąd to miejsce? Mój Małżonek niegdyś został zaproszony na spotkanie służbowe tam i odkrył to miejsce. Poza drewnianym mieczem do treningu kendo przyniósł do domu kulinarne doznania, którymi mnie drażnił długi czas sprawiając, że śliniłam się jak niemowlę w czasie ząbkowania. Po czasie zapomniałam o tym aż do soboty.

Zostaliśmy przywitani bardzo ciepło. Miejsce mieliśmy zaciszne, ale z racji, iż kilka osób nie dotarło umiejscowiliśmy się w sali głównej przy stoliku. Nie na długo. Sama nie wiem czy osobę, która przyrządzała nam potrawę można nazwać „kucharzem”? To tak jakoś nie pasuje mi do tematyki potraw. Kucharz kojarzy mi się z otyłym panem w białym kitlu z wielką łyżką w ręce. O nie – stanowczo nie takiego kucharza tam zastałam – Ufff całe szczęście. Z pewnością był to człowiek, który zaspokoił moją ciekawość pod względem informacji. Moja „babska ciekawość” miała jednak swoje granice, chociaż troszkę tego żałuję, że nie dałam upustu swojej gadatliwości i głodu wiedzy. Wracając do samej potrawy. Okonomiyaki to nie sushi, nie ma w nim ziarenka ryżu  co już dla „sushi-fanów” kuchni japońskiej jest czymś dziwnym. Otóż to. Nie ma ryżu i nori. Jeśli spodziewacie się tam sushi to proponuję biedronkę lub lidla (to upust swojej złośliwości  – Gomen’nasai ^.^).

Zamówiłam zieloną herbatę, aby przygotować swoje kubki smakowe a chłopaki sake. Na tym to ja się nie znam, ale była ciepła – ponoć różnego rodzaju sake podaje się w różny sposób. Ta była ciepła – nie dla mnie. Zamówiłam również specjał restauracji – okonomiyaki z kurczakiem. To tak bardziej po naszemu 😉 Na zajawkę dostałam mini „placuszka”, nieśmiało spojrzałam na niego i zastanawiałam się co ja mam z tym zrobić. Ogólnie głodna nie byłam po śniadaniu, ale jak tylko pochłonęłam mini placuszka to poczułam nieodparty głód, w ustach straszny ślinotok, a w głowie jak stado słoni dudniło mi jedno zdanie – „jeszcze chcę”. I tutaj był mój błąd. Pragnienie szybkiej konsumpcji zagłuszałam pytaniami kucharza, „a co to”, „a jak to”, „a skąd to”, próbowałam rozmów z Pawłem i Michałem, robiłam zdjęcia… na nic to. Ciągle myślałam tylko o tym, aby to już wylądowało na moim talerzu. To jak kuszenie Diabła. Straszne i nieludzkie! Patrzyłam, jak na moich oczach powstaje potrawa, która na pewno zapadnie mi w pamięci na długo. Placek jak naleśnik, kapusta trochę boczku i kurczak, pokropione sosami i posypane szczypiorkiem… Nawet teraz popijając sencha mam niesamowity ślinotok, a w oczach mam widok białego talerza z zabójczo pachnącą potrawą. 

Kilka zdjęć, może na sam widok zechcecie się tam wybrać 😉

Wiecie co… ja nie jestem w stanie dłużej o tym pisać. To znęcanie się nad samym sobą. Idę zająć się kolejnym kanzashi, może zapomnę.

Reasumując. Polecam. Nie 🙂 wręcz namawiam do tego, aby się tam przejechać. Nie trzeba lecieć do Japonii, aby przez chwilę tam być. Nic tak nie raduje jak dobra kuchnia.

Na pewno tam wrócę… i to już niedługo…

Sayonara ^.^

Dodaj komentarz